niedziela, 9 marca 2014

Rozdział 50

     Perspektywa Carietty

 Bywa w życiu tak, że nie chce ci się żyć i nie wiesz co ze sobą zrobić. Właśnie taki oto moment miałam w chwili, gdy wstałam z łóżka Danielle, która migdaliła się do poduszki na podłodze ciągle powtarzając "Liam... Li... Liaśku". Nie, ja rozumiem, że miłość jest cudowna i urocza, ale bez przesady! Myślenie dwadzieścia cztery godziny na dobę to jednak lekka przesada, no nie? Wybełkotałam coś pod nosem wstając i ruszając w stronę kuchni. Powyżeram jej jedzenia, a co mi tam! Żyje się tylko raz. Zanurkowałam w niej, jak to z reguły robił mój chłopak, biorąc mleko, jakieś śmieszne batony z czekoladą i parę innych produktów. Ciekawe, czy z nosem w lodówce można się przeziębić...
  - Swoją drogą ciekawe dlaczego ma tyle słodyczy w domu? W końcu jej sylwetka jest do pozazdroszczenia i w ogóle... - Usłyszałam głos El, więc z prędkością światła się odwróciłam do szperającej po szafkach. Gdy odwróciłam się w jej stronę z kabanosem w ustach, ta wybuchnęła śmiechem, wskazując na mnie palcem, przez co zmarszczyłam brwi.
  - Nie ładnie tak wytykać innych wiesz? Uważaj, bo ktoś ci jeszcze tego palca odgryzie. - Burknęłam, zamykając drzwiczki. Szatynka przewróciła oczyma, siadając przy stoliku. W ogóle to dopiero zauważyłam, że jej odcień włosów przypomina również Alex... hmm, Louisku, czyżby jakiś dziwny fetysz?
  - Swoją drogą za jakieś trzydzieści minut zaczynają się lekcje, tak więc ten... lepiej śpieszmy się do szkoły. - Westchnęła ciężko, na co ja zerwałam się z miejsca, biegnąc do łazienki. Trzydzieści minut? PÓŁ GODZINY?! Później nie mogła mi przypomnieć?! No ej, może jestem mała i tak dalej, ale bez przesady! Ja też potrzebuję czasu na przygotowanie, żeby się ludziom pokazać, nie? Skrzywiona rozczesałam czerwone kłaki, pomalowałam rzęsy i ogółem wykonałam poranną toaletę, następnie wybiegając z domu. Łoho, aż się za mną kurzyło! Pod szkołą znalazłam się jakieś dwadzieścia minut później. Oczywiście inteligentna ja nie pomyślałam o tym, żeby zadzwonić po któregoś z moich przyjaciół, aby pode mnie podjechał. No bo po co? Lepiej przebiec pół miasta.
 Do sali wbiegłam równo z dzwonkiem. OŁ JEA~! Możecie padać przede mną na kolana i oddawać cześć. Nie no, bo jeszcze spodnie pobrudzicie, czy coś... Usiadłam na samym tyle obok loczka, opierając łeb na jego ramieniu. Mimo wszystko... spać...
  - Ej, Cat... Cat! CAT! - Krzyk tego debila nie dał mi spokojnie odpłynąć do krainy snów. I na co nam były te przeklęte horrory? Tyle dobrego, że w przeciwieństwie do Dan i El nie będę mieć kaca. Chwała!
  - NIE ŚPIĘ KRETYNIE! - Wydarłam się poddenerwowana, dopiero po parunastu sekundach ogarniając, że wzrok każdego w klasie był skierowany w naszą stronę. Alex wybuchnęła śmiechem, Harry się obraził, Rose zaliczyła pięknego facepalma, ja jęknęłam uderzając czołem o ławkę, a nauczyciel wezwał mnie do tablicy. No, nie ma co, piękny początek dnia.
***
  - A wyszłaś rano z Lucky'm i Amy? - Spytałam Rose, która jedynie przewróciła oczyma.
  - Tak. Przestań zadawać te pytania. - Westchnęła ciężko. Właśnie szłyśmy na lekcję, choć trochę po dzwonku... wezwali nas do pedagoga, by obgadać pewną delikatną sprawę. Chcieli się upewnić, czy żaden nauczyciel "nie patrzy na nas w nieodpowiedni sposób".
  - A nakarmiłaś je? - Zadałam kolejne pytanie.
  - Tak... swoją drogą nie dziwi cię ta sytuacja? - Spytała niepewnie, poprawiając włosy.
  - Nie za bardzo. Zawsze przepytują niektórych uczniów, gdy dochodzi nowy nauczyciel. W końcu szkoła to szkoła, a nie jakaś super izolatka, w której każdy może czuć się mega bezpieczny, gdy ktoś przychodzi z zewnątrz. - Wyszczerzyłam ząbki. Dalej szłyśmy w ciszy. Rose wydawała się być zamyślona, a ja delikatnie podskakiwałam przy każdym kroku, nucąc dżingiel z reklamy toaletowej. Reklamówka sama w sobie była głupia i bez sensu, ale kawałek wpadał w ucho.
  - No chodź... chcesz dostać naganę na koniec roku? A może mam ci nie zaliczyć semestru? - Usłyszałam chrapliwy głos nowego nauczyciela wf'u. Mimowolnie skręciłyśmy w stronę, jak się okazało, składzika woźnego.
  - Pan mnie zostawi... zadzwonię na policję! Powiem dyrektorowi... proszę mnie zostawić! - I sprzeciw jakiejś z uczennic... chwila. Jeśli się nie myliłam, a tego byłam akurat pewna, była to Holly, przyjaciółka An z paczki "gwiazdeczek". Taka głupia blondyna, która kiedyś leciała na loczka.
  - No dawaj... ja wiem, że chcesz. - Burknął, po czym zaśmiał się. A fe... mimowolnie zebrało mi się na zwrócenie śniadania. Rose wyjęła telefon, zaczynając to wszystko nagrywać, z zaciekawieniem zerkając na całą akcję zza uchylonych drzwi. Ech, niech się bawi w detektywa...
  - Pójdę po naszego wychowawcę. - Szepnęłam do przyjaciółki, a ta kiwnęła głową. Po chwili już biegłam przez korytarz, następnie wpadając do klasy, w której obecnie mieliśmy lekcję. Nauczyciel spytał, czy już skończyłyśmy z Rose wizytę u pedagoga i gdzie jest brunetka, a ja jedynie odparłam, że musi jak najszybciej pójść ze mną, bo jedna z uczennic jest obecnie męczona przez trenera. Oczywiście rzucił wszystko, każąc klasie być grzecznym i poleciał za mną do składzika. Jak poszła reszta akcji? Myślę, że można się domyślić...
***
  Rzuciłam się Niallowi na szyję, piszcząc, że się za nim stęskniłam. Cóż poradzić... ten w odpowiedzi jedynie mnie cmoknął. Takiego słodziaka świat wcześniej jeszcze nie widział!
  - Idziemy gdzieś dzisiaj po lekcjach? Za rogiem otworzyli niezły sklep z mrożonymi jogurtami. Są świetne dodatki i smaki! - Zawołał ucieszony blondyn do reszty, gdy staliśmy już na parkingu.
  - Ta, bo nie ma to jak w zimie jeść mrożony jogurt, nie? - Prychnęła Alex, zarzucając włosami.
  - No ej! W lokalu jest całkiem ciepło, gardło nie będzie cię boleć... no chodźcie, no... nie dajcie się prosić. - Złożył łapki niczym do modlitwy, przybiegając minę zbitego szczeniaka. Wszyscy chwilę uparcie się  w niego wpatrywali, po czym nie wytrzymali i jęknęli, przytakując głowami. Tego jak się ucieszył nie dało się opisać.
  - To powodzenia! Ja lecę, z Aną idziemy na film. - Uśmiech Hazzy powalił. Naprawdę. Każdy z nas wybuchł śmiechem, o mało się nie przewracając.
  - Ciołku, masz szpinak między zębami. - Alex pisnęła, łapiąc się za brzuch. Czerwony loczek przyłożył do ust łapki. Lou przewrócił oczyma, podając mu paczkę gum do życia. O geez, z kim ja żyję!
  - Po co ci gumy? - Spytała zdziwiona Jade, mrużąc oczyska.
  - Muszę mieć świeży oddech. W każdej chwili możesz chcieć mnie po~ca~ło~wać. Tak więc przezorny zawsze ubezpieczony. - Puścił jej oczko, jednak chwilę potem padł na kolana, zwijając się z bólu.
  - Uuu... Al, prosto w czułe miejsce. - Zaśmiał się Zayn, obejmując swoją dziewczynę.
  - Nie ładnie! Pozbawiłaś mnie możliwości dzieci! I jak chcesz mieć niby potomków, hm?! - Wydarł się, nadal nie wstając.
  - Ja z tobą dzieci? Pff... - Prychnęła, ruszając w stronę jogurciarni... czy jak to się nazywa? Wracając, każdy z nas zamówił sobie po porcji. No, nie licząc blondaska. On zamówił pięć. Siedząc przy stoliku o mało nie zasnęłam... i nie, nie było cicho. Po prostu znowu działo się to samo. Alex i Lou się przekomarzali, Niall mnie obejmował i pożerał trzeci kubeczek, Rose i Zayn wysysali sobie twarze... a reszta? No, coś tam na pewno. Pewnie po prostu oddychali.
  - Zmęczona jestem. Chyba wrócę od razu do domu. - Ziewnęłam przeciągle, wstając.
  - A twój jogurt? - Spytał zdziwiony Niall.
  - Możesz zjeść. - Wzruszyłam ramionami, ruszając w podskokach w stronę domu. A co mi tam, znowu się przejdę. Idąc tak przez ulicę... zabłądziłam. Super, nie? Wychodzi na to, że moja orientacja  w terenie jest jeszcze gorsza od ostatniego wyniku z fizyki. Po co to komu do życia?! Powoli zaczęło się ściemniać, a ja nadal nie mogłam znaleźć drogi powrotnej. Za to szlajałam się po jakiś uliczkach.
  - Ej! - Usłyszałam za sobą męski głos. Plus kroki... paru ludzi. Zamiast się odwrócić przyspieszyłam kroku, ignorując dalsze krzyki. Cholera, cholera, cholera! W momencie, gdy jeden złapał mnie za nadgarstek, ja poczęłam się szarpać. Udało mi się ją wyrwać, jednak runęłam jak kłoda na podłogę, uderzając tyłem głowy w... coś. Dobra, nie dam rady się podnieść. Jęknęłam, przymykając oczy. I wtedy ktoś stanął przede mną. Jego tył wyglądał... znajomo. Nic dalej nie widziałam, nie licząc tatuażu przy nadgarstku osoby, która zaczęła bójkę z moimi "oprawcami".
***
Niesamowicie długo zaszło mi na napisaniu tego beznadziejnego i koszmarnego rozdziału ;-; Miałam dużo do roboty i nie mogłam znaleźć czasu... i weny. Także... no nic. Mam nadzieję, że nie znienawidzicie mnie za to ;c Przypominam o naszym drugim blogu <3